07.02.2012 23.29

Prezydenci wszystkich Europejczyków

1 lipca 2011 r. Polska obejmie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. Co będą mieli z tego obywatele? Czy prezydencja ma jakiś inny wymiar oprócz prestiżowo-politycznego oraz co z prezydencji mogliby mieć obywatele - pytamy prof. Genowefę Grabowską.

autor(ka): Anna Mazgal
2010-08-03, 15.41

— W sprawie prezydencji od pewnego czasu odbywa się bardzo dużo spotkań z udziałem organizacji. Spotkania te mają bardzo techniczny wymiar, koncentrujemy się wokół tego, co ma się wydarzyć. Umyka jednak nam, obywatelom, namysł nad tym, po co w ogóle nam ta prezydencja?

prof. Genowefa Grabowska: — Z tym, że wydarzenie to jest jakoś szczególnie prestiżowe, chyba przesadzamy. Kierowanie UE jest prostą konsekwencją przyjętej zasady, że wszystkie państwa członkowskie w określonym porządku wykonują tę funkcję. W związku z tym przychodzi kolej i na Polskę. Za następne 13,5 roku znowu padnie na nas – chyba, że kolejka się wydłuży, jeśli do Unii wstąpi w tym czasie Chorwacja, względnie inny kraj z Bałkanów Zachodnich. O prestiżu można mówić wtedy, gdy prezydencja zostanie dobrze przeprowadzona, ale taką ocenę wystawia się dopiero po fakcie.

Czyli nie ma się co puszyć, póki co?

G.G.: — Absolutnie nie ma się co puszyć, zwłaszcza, że Polska nie jest pierwszym, a czwartym z nowoprzyjętych państw, które miały lub będą wykonywały to zadanie. Pierwszym była Słowenia, której prezydencję oceniono bardzo dobrze. Drugim były Czechy, które pokpiły sprawę domową awanturą powodującą, że ta prezydencja zostanie zapamiętana negatywnie. Następnie, z grona krajów młodych stażem w UE, prezydencję będą wykonywały Węgry, i to tuż przed nami. Nie wiadomo jak im to wyjdzie, zważywszy na wewnętrzne problemy, zwłaszcza gospodarcze.

Jaki wpływ na wykonywanie prezydencji ma Traktat Lizboński?

G.G.: — Traktat Lizboński zmienia podejście do prezydencji wśród krajów ją sprawujących. Do tej pory szefowie państw sprawujących prezydencję pozostawali na ogół w przekonaniu, że w trakcie „swoich” sześciu miesięcy wniosą do Unii tyle, że już do końca świata zostaną dobrze zapamiętani. Tak nie jest. Traktat Lizboński przesuwa ciężar kierowania Unią w stronę Rady Europejskiej i jej przewodniczącego, a jednocześnie prezydenta Unii Europejskiej, obecnie Hermana Van Rompuya. Po pierwszych siedmiu miesiącach można już powiedzieć, że kiepski z niego prezydent, rzadko się wypowiada, jest mało widoczny. Natomiast Traktat Lizboński widzi tę osobę jako autentyczną głowę, reprezentanta unijnej struktury, z którą kontaktuje się cały świat zewnętrzny. Wprowadzenie tego stanowiska personifikuje Unię, a przy okazji daje odpowiedź na słynne pytanie H. Kissingera o to, jaki numer telefonu ma „ta” Europa i kto ją właściwie reprezentuje? To właśnie pierwszy Przewodniczący Rady Europejskiej, bo taką oficjalnie nazwę ma to stanowisko, powinien wykonywać m.in. takie zadania.

Jak osoba Przewodniczącego może wpłynąć na prezydencję narodową?

G.G.: — Jeżeli byśmy potrafili wykształcić model silnego Prezydenta UE, z pewnością odbyłoby się to kosztem prestiżu i kompetencji tych sześciomiesięcznych prezydencji rotacyjnych. Jak widać nie chciała tego Hiszpania, która sprawowała prezydencję od stycznia do końca czerwca 2010 r., pierwszą po wejściu Traktatu w życie. Premier Zapatero chciał być w świetle europejskich fleszy i uważał, że Hiszpania, jako piąte co do wielkości państwo unijne, powinna pokazać, że jej prezydencja będzie znacząca. W praktyce już widać, że wokół tego, kto i w jakim zakresie kieruje Unią toczy się gra między krajami wykonującymi prezydencję a instytucją Prezydenta UE. Skoro jednak państwa utworzyły tę instytucję i wyposażyły ją w konkretne kompetencje, to teraz muszą akceptować jej aktywność. Odpowiedź na pytanie, kto powinien Unią kierować była dla twórców Traktatu jasna. Prezydencja państwa powinna się ograniczać do bezpośredniego, dobrego zarządzania UE. Żadne państwo nie może przecież samodzielnie, w ciągu sześciu miesięcy, skutecznie i perspektywicznie kierować Unią; może natomiast wykonywać te zadania, które już wcześniej zostały zaplanowane, rozpoczęte i wymagają kontynuacji. Zresztą praktyka pokazuje, że większym sukcesem każdej prezydencji jest zakończenie określonego wątku (np. przyjęcie rozporządzenia, dyrektywy), niż zgłoszenie takich priorytetów, o których po pół roku nikt nie będzie pamiętał.

Czy da się określić kierunek, w którym ten proces będzie podążać?

G.G.: — 1 lipca tego roku prezydencję przejęła Belgia, a przewodniczącym Unii jest właśnie Belg. Być może zatem Belgia, przeprowadzając swoją prezydencję w sposób stonowany i nienachalny, pozwoli wypłynąć i pokazać się Prezydentowi? To byłby dobry początek zmian proponowanych przez Traktat Lizboński.

Jakie kryteria bierze się pod uwagę, oceniając prezydencję, zwłaszcza w świetle tego, że może ona tracić na znaczeniu?

G.G.: — Jest to proste porównanie zamiarów, które państwo ogłasza na początku swej prezydencji z osiągniętymi po sześciu miesiącach wynikami. A sześć miesięcy to naprawdę krótki czas. Zamiary to priorytety, które państwo upublicznia w pierwszych dniach swej prezydencji. Niedawno premier Belgii wygłosił expose w Parlamencie Europejskim, informując jakie będą belgijskie priorytety. One bywają różne. Niektóre państwa wymyślają ich wiele, inne są bardziej racjonalne, określają kilka własnych priorytetów, kontynuując resztę po poprzednikach. Ale już po pięciu miesiącach przychodzi moment prawdy, czyli — czas rozliczenia. Wtedy trzeba pokazać co naprawdę zostało zrobione.

I jak to zwykle wygląda?

G.G.: — Bardzo różnie. Pamiętam bardzo źle ocenioną prezydencję Włoch, w drugiej połowie 2003 r. Byłam wtedy obserwatorem w Parlamencie Europejskim i pamiętam premiera Berlusconiego, który w lipcu bardzo szumnie zapowiadał jakie Włosi mają zamiary. W grudniu, kiedy okazało się, że prawie nic nie zostało zrobione, tłumaczył się niezwykle bezczelnie. Mówił tak: „A czego od nas oczekiwaliście? Najpierw były wakacje, co nie sprzyja pracy. Potem tylko dwa robocze miesiące i już Boże Narodzenie. Nie było kiedy pracować”. A poważnie, to była trudna prezydencja, sprawowana w przeddzień rozszerzenia UE i nie udała się Włochom głównie dlatego, że Rada Europejska nie zaakceptowała Konstytucji Europejskiej. Należy zatem na początku kreślić racjonalne cele na te sześć miesięcy. I pamiętać, w której połowie roku ma się tę prezydencję. Ta „włoska” połowa roku rzeczywiście nie sprzyja wytężonej pracy. Zatem priorytetów powinno być niewiele, góra pięć.

MSZ planuje zorganizowanie konferencji z udziałem organizacji na temat priorytetów Trójki, czyli trio, w którym znajdziemy się wraz z Danią i Cyprem. Czy jest to działanie fasadowe, polegające na tym, że organizacje zostaną zapytanie o coś, a ich zdanie i tak nie ma szansy na uwzględnienie w dyskusjach pomiędzy trzema państwami?

G.G.: — Powiem szczerze: mnie się nie bardzo podoba takie podejście, że to jest prezydencja rządowa. To ma być prezydencja obywatelska, bo to przecież państwo, a więc obywatele, nadają wtedy ton Unii. Rząd powinien zapewniać skuteczność działania, być aparatem wykonawczym, ale nie powinien narzucać co w sprawach europejskich mają robić organizacje i jak ma się organizować społeczeństwo. Od dawna stoję na stanowisku, że rząd powinien pytać czego obywatele od Unii oczekują i jak ją widzą, słuchać ich, a następnie — uwzględniać te oczekiwania w narodowych priorytetach. Powinien co najwyżej koordynować oddolne inicjatywy, a nie ustawiać sztywne ramy i łaskawie pozwalać obywatelom na określone działania.

Czy takie podejście może wpłynąć na to, że prezydencja się udaje?

G.G.: — Udaje się ta prezydencja, w której priorytetach znajdują się elementy ważne dla ludzi. Ja rozumiem, że dyskusja o budżecie Unii na lata 2014-2020 jest szalenie ważna. Ale taki priorytet, w którym Polska w roku 2011 może tylko dorzucić niewielki kamyczek, nie uruchomi i nie rozpali ludzkich pragnień i oczekiwań. Pamiętam dobry priorytet prezydencji słoweńskiej, kiedy postawiono na walkę z rakiem, czyli na coś co naprawdę trapi ludzi. Za tym poszły środki, profilaktyka, badania. Ludzie odczuli, że ktoś myśli o ich zdrowiu. Jeżeli Polska wygenerowałaby chociaż jeden priorytet, z którym obywatele Europy autentycznie się utożsamiają, na którym im zależy, to naprawdę bylibyśmy bliżej obywateli. Jeżeli będą to tylko pomysły typu partnerstwo wschodnie czy budżet — to, pomimo ich politycznego znaczenia, nie rozpalą emocji. Będą przez obywateli odbierane jako puste słowa, a tego ludzie mają już dość. Te kwestie są oczywiście bardzo ważne, ale pasjonują głównie polityków i technokratów, a poza tym ich realizacja wymaga długofalowej perspektywy. A obywatele chcą widzieć skuteczność Unii i efekty jej działania na co dzień.

Co z katalogu spraw ważnych dla ludzi moglibyśmy dodać do polskich priorytetów?

G.G.: — Dotknęła nas ostatnio powódź. Unia wytknęła nam, że nie wdrożyliśmy dyrektywy przeciwpowodziowej z października 2007 r. Takich klęsk żywiołowych jest w Europie wiele, mieliśmy już pożary lasów, chmurę pyłu wulkanicznego, śmiertelne fale upałów. A gdyby tak dotknięta powodzią Polska zapowiedziała, że chce się przyjrzeć i ocenić jak Europa sobie radzi z klęskami żywiołowymi? Poszukać także odpowiedzi na pytanie: czy istniejące dyrektywy wystarczają? Zastanowić się, jakie wspólne mechanizmy prewencji oraz pomocy powinniśmy wtedy dodatkowo uruchamiać? Może należy stworzyć odpowiednie służby? A może zwiększyć fundusze? Tak zwany fundusz solidarności już nie wystarcza, żeby te środki uruchomić trzeba bowiem miliardowych szkód liczonych w skali całego państwa. A poza tym o taką pomoc może wystąpić jedynie rząd kraju dotkniętego żywiołem. Natomiast jeżeli trąba powietrzna przejdzie przez gminę i zniszczy tam absolutnie wszystko, unijny fundusz solidarności nie pomoże, za małe straty! Dlaczego zatem nie upodmiotowić społeczności lokalnych tak, by o wsparcie mogła wystąpić dotknięta katastrofą gmina lub region? Przecież Unia to nie tylko państwa. Wszak jeden z jej twórców, architekt Wspólnot Europejskich Jean Monet mawiał: „Budujemy wspólnotę nie dla państw, ale dla obywateli”.

Jednym z naszych priorytetów mogłyby się stać także działania skierowane do osób w podeszłym wieku, które niedługo będą stanowiły ponad połowę europejskiego społeczeństwa. Ich prawa są obecnie objęte Kartą Praw Podstawowych, którą Polska podpisała w mocno wykastrowanej wersji. Natomiast w Karcie mamy przepis dotyczący traktowania osób w podeszłym wieku. Karta stanowi, że państwa mają obowiązek zapewnić tym osobom pełny udział w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym. Może zbudować nasze działania właśnie wokół tej kwestii, zapewniając ludziom starszym bezpieczeństwo ekonomiczne, godne traktowanie, przeciwdziałanie ich wykluczeniu? Dać im szansę bycia obecnymi, wręcz partnerami, we wszystkich aspektach życia społecznego.

Jak wskazanie samych priorytetów ma się do sprawowania całej prezydencji, gdy mówimy o jej jakości?

G.G.: — Zakreślenie priorytetów jest o tyle ważne, że kolejne państwo z danej trójki przejmujące od Polski pałeczkę (Dania) powinno się do nich w jakimś stopniu odnosić, a właściwie je kontynuować. Wszak program każdej prezydencji chociaż tworzony na gruncie narodowym, jest następnie akceptowany przez całą trójkę i obowiązuje przez okres 18 miesięcy. A generalnie, w każdej prezydencji najwspanialsze jest nie to, co się robi wyłącznie dla „swoich” obywateli, ale to, że ma się wpływ na sprawy ważne dla obywateli całej Unii, dla niemal pół miliarda jej mieszkańców! Prezydencja jest właściwie jedyną okazją, aby państwo ją sprawujące, nawet to najmniejsze, wywarło wpływ na życie innych Europejczyków.

Jeżeli zatem podejmuje się tematy ludziom bliskie i realizuje je w sposób skuteczny, to korzyścią dla obywateli jest to, że mają lepszą identyfikację z samą strukturą Unii?

G.G.: — Naturalnie! Przybliża się w ten sposób Unię do obywatela, a obywatel nie ma oporów, aby uznać tę organizację za potrzebną mu i w odbiorze przyjazną.

 

Genowefa Grabowska jest profesorem prawa, kierownikiem Katedry Prawa Międzynarodowego i Europejskiego Uniwersytetu Śląskiego. W latach 2001-2004 była senatorem RP V kadencji, a następnie (2004 – 2009) posłanką do Parlamentu Europejskiego, kwestorem i członkinią jego Prezydium. Pracowała w Komisjach: Spraw Konstytucyjnych oraz Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych, a także Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności oraz Podkomisji Praw Człowieka. Była inicjatorką i sprawozdawczynią Raportu w sprawie perspektyw rozwijania dialogu obywatelskiego w ramach Traktatu z Lizbony (2008/2067(INI). Obecnie wykłada prawo międzynarodowe publiczne, a także prawo europejskie.

źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Komentarze | dodaj komentarz
Nie ma żadnych komentarzy - dodaj komentarz
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.